W Noc Muzeów o muzeach przyszłości

slider_ekultura_nocmzeow
Zdjęcie: Ministerstwo Spraw Zagranicznych     Licencja: CC BY-NC 2.0

 

Już dziś, z 15. na 16. maja pasjonaci kultury w wielu miastach Polski nie położą się spać o tradycyjnej porze. Po raz kolejny świętować będą Noc Muzeów. Wydarzenie, które od lat sprawia, że kilkaset tysięcy osób raz w roku rezygnuje z kilku godzin snu i przeznacza je na zwiedzanie instytucji kultury. Dziedzictwo kulturowe żyje tego dnia (a ściślej – tej nocy), jak w żaden inny dzień (a już na pewno noc) w roku. Jest dostępne bez opłat i niemal bez ograniczeń – jedynymi wyzwaniami są tykający zegar, odległości niezbędne do pokonania między muzeami i długie kolejki, które łącznie powodują, że wszystkiego zobaczyć nie sposób. A gdyby tak wyobrazić sobie sytuację, w której amatorzy doznań kulturalnych – jeśli tylko zechcą – tak tłumnie będą mogli każdą noc spędzać w muzeum. Futurologia? Absurd? Nic bardziej mylnego.

Rozpatrzmy ten problem na przykładzie Krakowa. Miejsca, w którym pisane są te słowa. Nie wszyscy wiedzą, że część bogatych zbiorów wielu krakowskich instytucji już dziś dostępna jest dla zwiedzających bez żadnych ograniczeń. Każdego dnia, przez 24 godziny na dobę możemy zorganizować sobie „prywatną noc muzeów” i na ekranie komputera, telefonu, czy tabletu podziwiać zasoby Muzeum Narodowego, Zamku Królewskiego na Wawelu, czy Muzeum Etnograficznego. Wszystko dzięki digitalizacji – narzędziu, które w XXI wieku daje – wciąż trudne do wyobrażenia – możliwości dla przywracania życia dziedzictwu kulturowemu. Wirtualny spacer po Muzeum Auschwitz, mobilna aplikacja pozwalająca zwiedzać Kazimierz sprzed lat, wydrukowana w drukarce 3D kopia rzeźby Wita Stwosza, czy prywatna zastawa z motywami ludowymi prosto z muzealnej wystawy – to dopiero początek niekończącej się listy tego, co już dziś oferuje się konsumentom kultury dzięki technologiom cyfrowym.
Nie zważając na te możliwości wielu kontestuje digitalizację, uważa ją za fanaberię, czy zagrożenie dla kultury. Sceptyków nie przekonuje niespotykana nigdy wcześniej skala dostępności cyfrowego dziedzictwa – w internecie nie istnieją godziny otwarcia, schody, czy kilometry. Niepokoi, że negatywne głosy pochodzą także ze środowiska samych muzealników. Jedna z takich wypowiedzi pojawiła się niedawno na łamach portalu lovekrakow.pl (http://lovekrakow.pl/aktualnosci/czas-zaczac-mowic-o-czlowieku_8872.html). W rozmowie z Natalią Grydny Andrzej Rybicki (przewodniczący Rady Sekcji Pracowników Muzeów i Instytucji Ochrony Zabytków NSZZ „Solidarność”) krytykował jeden z większych projektów digitalizacyjnych w Małopolsce – Muszę niestety skrytykować program Wirtualne Muzea Małopolski [WMM]. Wydano na niego 12 milionów złotych po to, żeby móc zobaczyć w Internecie ponad 800 zabytków. Za te pieniądze pewnie moglibyśmy je po prostu kupić. (…) Na rynku kultury istnieje cały szereg programów digitalizacyjnych: Europeana, Kultura+. W ich ramach muzea prezentują nie 800 zabytków, tylko po kilka lub kilkanaście tysięcy – stwierdził, sugerując w podtekście, że środki te można przeznaczyć na podwyżki dla pracowników sektora kultury.

Rybicki nie wyjaśnił, jaki widzi tryb zakupu np. dla wawelskiego sarkofagu królowej Jadwigi, którego trójwymiarowe odwzorowanie dostępne jest w repozytorium WMM. Ma jednak rację, zauważając, że często kwota 12 milionów złotych starcza na zdigitalizowanie nie ośmiuset, ale tysięcy dzieł. Czy to oznacza, że w opisywanym projekcie marnotrawi się środki publiczne? Zdecydowanie nie.

Świat cyfrowy nie jest przestrzenią zero-jedynkową. Dla aktywnych cyfrowo intuicyjnie zrozumiałe jest, że skanowanie zdjęcia pociąga za sobą mniejsze koszty niż cyfrowy skan dużego przedmiotu (np. rzeźby czy obrazu). Ten z kolei jest tańszy niż stworzenie modelu 3D rzeźby Chrystusa z Rio de Janeiro (taki model naprawdę powstał! odsyłam do naszego niedawnego wpisu o tym przedsięwzięciu: http://ekultura.org/chrystus-z-rio/). Wirtualne Muzea Małopolski – projekt, do którego odwołuje się Rybicki – to portal wyjątkowy i to nie tylko na skalę polską. Powód raczej do dumy niż do wstydu. WMM gromadzi cyfrowe dzieła z kilkudziesięciu instytucji kultury z województwa małopolskiego wraz z ich kompleksowymi opisami. Obok samych wizerunków (w większości trójwymiarowych) oferuje użytkownikowi szereg usług rozrywkowych i edukacyjnych zachęcających do podjęcia interakcji z kulturą – także grupy, które na co dzień są z tego wykluczone (stworzono m.in. kilkadziesiąt audiodeskrypcji, które pozwalają konsumować muzealne eksponaty osobom niewidomym i słabowidzącym).

O tym jak duże społeczne znaczenie może mieć projekt Wirtualne Muzea Małopolski i jemu podobne dobrze przekonali się mieszkańcy małopolskiej wsi Ptaszkowa. Gdy odkryto, że w lokalnym kościele znajduje się rzeźba dłuta Wita Stwosza, cenny eksponat trafił do muzeum. Dopiero niedawno, po wielu latach do Ptaszkowa powrócił już nie oryginał, ale wydrukowana drukarką 3D kopia rzeźby. Było to możliwe m.in. dzięki pracom zespołu Wirtualnych Muzeów Małopolski. Stworzono skan 3D, następnie wirtualny model obiektu, na jego podstawie wykonano wydruki fragmentów płaskorzeźby, które połączono i na które naniesiono polichromię (tu ponownie odsyłamy do naszego większego materiału na ten temat: http://ekultura.org/sztuka-gotycka-i-druk-3d/).

Ciężko w tym kontekście poddać racjonalnej ocenie zarzut Rybickiego. Za 12 milionów złotych stworzono w internecie twór, który wciąż ciężko opisać tradycyjnym, „analogowym” językiem. Powstało muzeum bez ścian. Muzeum, które prezentuje swoje zbiory przez całą dobę i w dodatku bez opłat. Muzeum innowacyjne, bo pozwalające na prywatne pobieranie i wykorzystywanie dzieł. A może po prostu – muzeum przyszłości.

Cyfrowa kultura to dziś codzienność, od której nie sposób uciec. Na jej bazie powstają cyfrowe usługi, czy biznesy, wprowadzające kulturę do codziennych praktyk. Słuchanie muzyki, czy oglądanie filmów to chleb powszedni większości internautów. Niebawem – wraz z rozwojem digitalizacji – podobny los spotka wirtualne muzea. Czy to znaczy, że sens stracą ich tradycyjne odpowiedniki? Wszelkie dostępne dane pokazują, że cyfrowa kultura nie konkuruje, a raczej napędza konsumpcję tradycyjną. Zatem – nieco upraszczając – można zakładać, że czym więcej muzeów w internecie, tym więcej muzeów w naszym życiu.

Z 15 na 16 maja przekonamy się po raz kolejny, jak duży jest społeczny popyt na ofertę muzealną. Z roku na rok coraz chętniej uczestniczymy w nocy – i zarazem święcie – muzeów. Warto zadbać, by oferta tych instytucji była dostępna coraz szerzej także wirtualnie. Muzea są w dobie redefinicji swojej społecznej roli, w okresie intensywnego zwrotu ku konsumentom kultury. Zabezpieczenie ich wszechstronnego rozwoju wymaga nakładów na cyfryzację – także tych wielomilionowych. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że digitalizacja to pociąg do muzealnej przyszłości. Małopolskie instytucje kultury, jako jedne z pierwszych w kraju wykupiły bilet i udały się w cyfrową podróż. Dziś, nie wolno nam pozwolić, aby dały się zawrócić z obranego kursu. Gdyby tak się stało, skazalibyśmy je na powolną śmierć w analogowej bocznicy.