Humanista produkuje – wywiad z Piotrem Mareckim (cz. 2).

slider_ekultura_humanista

Jakie są różnice w podejściu badaczy do kultury cyfrowej? Niedawno wrócił Pan z USA ze stypendium Komisji Fullbrighta. W Polsce wykłada Pan na UJ i w Łódzkiej Szkole Filmowej. Jakie są Pana refleksje dotyczące akademickiego spojrzenia na nową humanistykę? Czegoś tu Panu brakuje?

Mam bardzo szczególne doświadczenia. Miałem możliwość realizacji programu post-doc na MIT, czyli w szkole de facto technicznej, z bardzo mocno rozwiniętym wydziałem humanistycznym, na wydziale Comparative Media Studies/Writing założonym przez Henry’ego Jenkinsa, jedną z najbardziej wpływowych postaci współczesnej humanistyki i nauki o mediach. Zdaję sobie sprawę, że to wyjątkowe miejsce. Obecnie uważa się, że Harvard jest najlepszą uczelnią na świecie w dyscyplinach związanych z przeszłością (np. historia, prawo), a MIT w tym, co idzie w przyszłość. Badania humanistyczne na MIT są skonstruowane wokół laboratoriów. To jest wielka tradycja MIT – w latach 80.tych powstawały tam pierwsze na świecie media-laby.

Takie laboratoria to przeniesienie na grunt humanistyki metod uprawiania inżynierii?

Ich przesłaniem jest, że humanistyka także może wytwarzać. Tym samym uniwersytet, nauka, są otwarte na sferę produkcji. Hasło MIT to „hands and minds” – umysł i ręka – te dwie sfery muszą być rozwijane na równi. Polskie uczelnie raczej idą w jednym kierunku – rozwijają umysł, poszerzają horyzonty teoretyczne, uczą rozumieć historię, natomiast zupełnie nie rozwija się w nich rzemiosła. Z kolei szkoły zawodowe rozwijają tylko „rękę”. Rzadkością są miejsca, gdzie rozwija się teorię i praktykę na równi. W MIT wszystko działa w potrójnym kluczu: musi być badanie, uczenie i musi być produkcja. Te trzy sfery są traktowane na równi. Studenci przyjmowani do laboratoriów stają się członkami zespołu badawczego (research assistants). Tradycyjne wykłady są bardzo ograniczone, jako nieefektywna forma przekazywania wiedzy. W zamian przygotowują swój wkład w badania, uczą się poprzez wykonywanie. Do tego, na MIT robi się właściwie tylko rzeczy pionierskie i naukowcy tam zatrudnieni mogą sobie na to pozwolić. Profesorowie zarabiają na tyle komfortowo, że nie muszą się dodatkowo starać o przetrwanie. Prestiż uczelni jest tak ogromny, że nie muszą się zmagać z tymi wszystkimi bolączkami współczesnej nauki w Polsce – systemem punktowym, biegunką publikacji itd. Mogą robić tylko to, w czym się specjalizują, w czym są najlepsi na świecie. Na takim kierunku jak Comparative Media Studies mają bardzo niewielu studentów. Mój mentor miał jednego studenta przez trzy lata…taka osoba kończąc studia ma wykonanych kilka projektów, ma realne tzw. „outputy”. Pierwsza rzecz, o jaką mnie zapytano w USA to: „jakie są outputy twoich projektów?” Ja, jako humanista z tej części świata, w pierwszym momencie pomyślałem, że może pytają o książki, jakie przeczytałem albo ewentualnie co napisałem swojego z tych wszystkich przeczytanych książek. Mało kto wykonuje tutaj prawdziwe projekty naukowe – według metodologii, z wykorzystaniem narzędzi, sprzętu, ekipy ludzi, przestrzeni laboratorium właśnie. A jeśli eksperyment się nie uda – na MIT opisujemy to w tzw. raportach technicznych, żeby przekazać innym, żeby nie popełniali tych samych błędów. To także część większego zjawiska open notebook science. Zjawisko raportów technicznych z wykonanych projektów to także duże wyzwanie dla rodzimej humanistyki. Poza tym na MIT nie pisze się biurokratycznych sprawozdań, które często nie mają sensu (zauważyłem że biurokracja jest tam zminimalizowana).  Humanistyka traktowana jako interpretowanie tekstów z przeszłości jest zastąpiona praktycznym modelem humanistyki.

Pan się w takim środowisku świetnie odnalazł. Ale czy to rozwiązanie dla wszystkich humanistów? Czy w jakiś sposób laboratoryjna praca nie krzywdzi różnych aspektów badań humanistycznych?

Nie sądzę, żeby to było krzywdzące. Przede wszystkim laboratoria, które widziałem, skupiały się na bardzo wąskiej dziedzinie. Naukowcy wykonywali te projekty, na których znali się najlepiej na świecie. Często tworzyli własne metody, własne słowniki teoretyczne. W tym sensie środowisko laboratoriów jest idealne dla pionierskich badań podstawowych.

A czym zajmował się Pan?

Współpracowałem z kilkoma laboratoriami (m.in.. z klucza cyfrowej humanistyki czy eksperymentów filmowych).  Laboratorium Trope Tank, moje podstawowe laboratorium, było nastawione na bardzo pionierskie rzeczy – to taki think tank zajmujący się tropami języka, w dobie wysoko rozwiniętych języków programowania. Szef tego laboratorium – Nick Montfort – jest poetą lingwistą, ale także jest doktorem informatyki. Jego celem jest sztuczne wytwarzanie takich „tropów” językowych przez języki programowania. W zeszłym roku pracowaliśmy nad tym, by komputery w różnych językach programowania i za pomocą generatorów tekstowych  produkowały taki tekst, który da efekt ironii.

Rozwijają sztuczną inteligencję?

Dokładnie ten szczególnie obszar rozwijany w Trope Tank nazywa się creative computing, czyli kreatywne programowanie – tworzenie utworów za pomocą jezyków programowania. Produkcja – to, co wcześniej nazwałem „outputem” – polegała na faktycznym wytwarzaniu takich „komputerowych” (ktoś powie nieludzkich) utworów. W Trope Tank wcześniej starali się naśladować w językach programowania różne techniki pisania. Jeden z takich utworów, chyba najsłynniejszy, nazywa się Taroko Gorge (przetłumaczyłem go, jako Wąwóz Taroko) i naśladuje znane wszystkim z romantyzmu utwory o naturze. Taki utwór składa się ze słownika, który dobrał autor i z algorytmów, również zaprojektowanych przez autora – ten algorytm wybiera słowa z szeregu i dopasowuje różne części mowy robiąc z tych słów czytelny wiersz. Zrobiono już szereg badań i odbiorcy nie są w stanie rozpoznać, który wiersz napisał człowiek, a który generator, „który wytworzyła struktura krzemowa, a który białkowa”.

Czasami wydaje mi się, że scenariusze niektórych seriali generowane są w taki sposób! W takim razie gdzie leży granica między strukturą białkową a krzemową?

Przede wszystkim myślę, że podejście do przestrzeni wirtualnej jest dość inne w USA i w Polsce. W USA przeżyłem szok – tutaj jeszcze niedawno moi radykalni koledzy mający się za anarchistów wyrzucali wszystkie swoje tradycyjne książki i używali tylko Kindle’a twierdząc, że to największa awangarda, jaką sobie mogli zafundować. Książki tradycyjne uważali za opresyjne, bo prawa autorskie, bo marże pośredników itd. W USA to nie jest takie proste – na MIT nikt nie używa Kindle’a, tak jak nikt tam nie chodzi do Starbucksa i nie używa iPhone’a – bo to synonimy najbardziej opresyjnych, korporacyjnych monopoli, hegemonii i centralizacji. Całe środowisko MIT stoi albo na systemach operacyjnych typu Ubuntu albo terminali bez interfejsu graficznego. To wszystko wynika ze świadomości platform. Na fali entuzjazmu dla internetu w latach 90.tych panowało przeświadczenie, że internet to takie przeźroczyste medium. Dzisiaj projektując utwór każdy zdaje sobie sprawę, czy to będzie wolny język oprogramowania, do którego każdy będzie miał dostęp, czy jest pisany pod korporacyjne narzędzia czy gadżety? Często mówi się, że sztuka polega na tym, że zna się ograniczenia medium, jego „przymusy” (constraints). Sztuka cyfrowa jest szczególnie wrażliwa na takie przymusy związane z różnymi platformami. W Polsce najczęściej powstają utwory na oprogramowanie zamknięte (np. popularny jest Flash). Pamiętajmy jednak, że nie każdy utwór fizyczny można przenieść do przestrzeni wirtualnej – jeśli Zenon Fajfer, jako świadomy artysta, zaprojektował swój utwór jako książkę drukowaną i przestrzenną, to nie możemy przenieść jej do innego medium, bo stracimy zbyt wiele elementów znaczących.

Dyskusja, że książka drukowana zostanie zabita, to takie gadanie mediów. Żyjemy teraz w epoce post-digital, w której media cyfrowe są tak naturalne, że się nie myśli się już o nich w kategoriach opozycji do analogowych. Ostatnio wydaliśmy tłumaczenie utworu, którego powstanie… przewidział Stanisław Lem. Lem w latach 70. i 80. pisał recenzje nieistniejących książek. Wymyślał sobie pokrótce ich fabuły i komentował – łącznie wydano trzy tomy jego recenzji. Jedna z nich odnosiła się do utworu „Minuta ludzkości” – utwór ten miał składać się z krótkich historyjek przedstawiających dokładnie jedną minutę z punktu widzenia nieskończonego zbioru osób. I ten utwór powstał, dzięki generatorowi tekstowemu napisanemu w Pythonie! Ale chociaż opowieści zostały wygenerowane komputerowo, to docelowo utwór ma mieć formę drukowaną, tak jak przewidywał Lem. Jest mnóstwo podobnych przykładów pokazujących złożoność relacji fizyczne-wirtualne: dajmy na to performance Kennetha Goldsmitha, który postanowił wydrukować internet.