Hejt może być kreatywny – wywiad z Piotrem Mareckim (cz. 1).

slider_ekultura_hejt
Zdjęcie: Unsplash   Licencja: CC0

 

Piotr Marecki, założyciel wydawnictwa Korporacja Ha!art i literaturoznawca tłumaczy, co to  jest creative computing, czym różni się podejście do mediów cyfrowych w Polsce i w USA, jak zmienia się literatura w internecie i dlaczego cyfrowa kultura ma rewolucyjny potencjał.

 

Jagoda Komusińska: Zacznijmy od przeszłości. Czy współczesna literatura polska dużo czerpie z poprzednich epok? Jakie tropy warto byłoby odkryć na nowo? A w jakich kwestiach nie możemy liczyć na pomoc tradycji kulturowej?

Piotr Marecki: Z pewnością jest wiele niezagospodarowanych obszarów. Według mnie niezwykle istotne jest to, że polska literatura jest ukształtowana poprzez rozwój „ducha”. Z „duchem” są związane postawy kojarzone z Polską – chociażby patriotyzm. W naszym kraju nigdy w pełni nie rozwinęła się tradycja opowiadania zmysłowego, w przeciwieństwie do np. kultury flamandzkiej czy francuskiej. Tylko pojedynczy autorzy podchodzili do narracji o cielesności. W Ha!arcie, m.in. poprzez wydanie książki o Marianie Pankowskim, staramy się wprowadzać taką wrażliwość. Dopiero od niedawna powstaje coraz więcej projektów badawczych próbujących badać sferę zmysłową – czy też po prostu afektywną, emocjonalną – w wytworach kultury. Brak zainteresowania cielesnością w literaturze przełożył się bezpośrednio na kinematografię polską, a obecnie także na media cyfrowe. Za granicą dominują projekty cyfrowe, które zakładają wejście odbiorcy w fizyczny kontakt z dziełem. Szczególnie literatura elektroniczna dla dzieci w innych kulturach jest mocno oparta na zmysłach, na otwieraniu się. W Polsce natomiast można dostrzec podejście bardziej konceptualne, umysłowe, wyabstrahowane. Innym „zaniedbanym” obszarem kulturowym są mniejszości. Czy będą to mniejszości seksualne, czy etniczne. Przez cały okres PRL słyszeliśmy, że jesteśmy monolitem – w efekcie czego dominuje myślenie o kulturze narodowej, które nie uwzględnia dialektów, małych narracji. Tutaj jest dużo do zrobienia, dużo do odkrycia. Wciąż prędzej zostanie ogłoszony konkurs „patriotyzm jutra” niż taki związany z historiami lokalnymi.

Co wyróżnia kulturę polskich internautów? W debacie publicznej często pojawia się problem traktowania internetu jako przestrzeni frustracji i nienawiści. Czy w krajach wyżej rozwiniętych internet jest częściej odbierany jako nośnik kultury, poważnych informacji?

Interesowała mnie ta kwestia, pytałem o nią wielu znajomych w USA zajmujących się mediami cyfrowymi i kulturą. Hejt zdecydowanie nie jest powszechny w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w kręgach artystycznych czy literackich… W USA internauci się co najwyżej ośmieszają, ale raczej dobrotliwie. Nikt nie pozwoliłby sobie na taki sposób ekspresji. Jeśli bliżej przyjrzeć się temu tematowi zauważymy, że hejtowanie w Polsce ma długą tradycję w tzw. art-worldzie. To część naszego dziedzictwa! Obecnie, razem z argentyńską artystką Agustiną Woodgate przygotowujemy projekt o hejcie na festiwal poezji elektronicznej w  Buenos Aires. Punktem wyjścia była dla nas postawa Witolda Gombrowicza, właśnie w Buenos Aires, który stamtąd pod koniec lat 40.tych zaczął atakować polskich poetów tekstem „Przeciwko Poetom”. Dziś określilibyśmy ten tekst jako…hejterski. Gombrowicz-troll był przeciwko wszystkiemu i wszystkim, on, który całą wojnę spędził w Ameryce Południowej. Wywołał poważną debatę, która miała ożywcze skutki, sprowokował najwybitniejszych literatów do odpowiedzi, tym samym rozbił literacką skorupę.

Hejt ma kreatywny potencjał?

Ja skupiam się na art-worldzie i tutaj podchodzę do hejtu zdecydowanie afirmatywnie. Teraz to zjawisko stało się znakiem firmowym wielu osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej. Trolling staje się odrębną formą krytyki, powstały pewne idiomy krytyczne, które zrobiły dużą karierę. Hejt jest zaatakowaniem tego, co Pierre Bourdieu określał jako doksę – pewnik, zdrowy rozsądek, coś co jest niewypowiedziane, niedyskutowalne. Często żeby zaatakować ten zastany porządek trzeba użyć czegoś bardzo wyrazistego – i hejt może być czymś takim. Bardzo wiele manifestów, bardzo wiele polemik, programów jest oparte na takim hejtingu, bo próbują obalić coś co jest zastane, tę ortodoksę. Opierają się na herezji. Ci, którzy przynoszą coś nowego – „prorocy” – często uderzają w taki klucz.

Minęło już 13 lat, odkąd zdefiniował Pan liternet, czyli literaturę internetową. W tym polu to już cała epoka. Co się zmienia?

Literatura internetowa to temat rzeka, zjawisko niezwykle dynamicznie się rozwijające. To pewne subpole literatury wyrwane z kontekstu narodowego, działa bardziej w kluczu międzynarodowym. Wielu polskich twórców jest afiliowanych przy Electronic Literature Organisation, które siedzibę ma na MIT. Pole literackie oderwane także od tradycyjnych aktorów (wydawców, redaktorów, agentów literackich). Sama literatura cyfrowa dzieli się na dwie generacje. W pierwszej przed epoką www – powstawały  dość tradycyjnie rozumiane tradycyjne utwory (m.in. hiperteksty literackie), które były sprzedawane w księgarniach na dyskietkach opakowanych tak że przypominały książki.. Do tej pory można kupić „Afternoon Story” Michaela Joyce’a. Pisano w kluczu modernistycznym – skoncentrowanym wokół tradycyjnie pojętego autora. (W Polsce mieliśmy wtedy fantastyczne doświadczenie – Robert Szczerbowski stworzył utwór, z którego wykluczył prawie wszystkie tradycyjne wyznaczniki książki – prawa autorskie, nie nadał mu tytułu, usunął nawet swoje imię i nazwisko jako nazwisko autora – bo chciał, żeby tekst później cyrkulował i sam się tworzył, chciał stworzyć maszynę do generowania tekstu). Natomiast w wypadku utworów drugiej generacji, często współtworzonych kolektywnie, one są konstruowane z myślą o odbiorze „rozproszonym”, tzw. distracted reading. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś płacił za taką treść.

Właśnie. Ha!art stanowi awangardę nie tylko ze względu na treści jakie publikuje, i nie tylko ze względu na otwarte podejście do technologii, ale również ze względu na otwarcie na nowy model biznesowy, który wielu wydawców przeraża. Jak rozumie Pan ekonomię kultury cyfrowej?

Dużo o tym myślałem i jestem zwolennikiem tego, żeby o kulturze cyfrowej mówić, i dystrybuować ją w rozumieniu kultury daru, czy jakkolwiek inaczej tego nie nazwiemy. Chris Anderson mówił o altruiźmie. To odnosi się zwłaszcza do obszarów pionierskich, jakimi zajmujemy się w Ha!artcie. Oczywiście, powstają też blockbustery w polu cyfrowym, czyli adaptacje tradycyjnych utworów w formie na Ipada i ludzie za nie płacą, tak jak płacą za niektóre dobrze wypromowane gry. Ale zawsze najpopularniejsze są te utwory, te gry, które są bezpłatne. Pole literatury cyfrowej jako jedyne od początku posługuje się ekonomią za darmo. Wszystkie utwory lądują na stronach internetowych, w aplikacjach za darmo – artyści także raczej nie otrzymują za nie wynagrodzeń, ponieważ nie ma pośredników. Co więcej, pojawia się nawet „ekonomia negatywna” – musisz płacić składki członkowskie w prestiżowych organizacjach, musisz utrzymać strony internetowe, no i wytwarzać treść… Jest to subpole oparte na ekonomii prestiżu, i waga tego prestiżu rośnie. Jeśli jest się zapraszanym na imprezy, zatrudnionym na dobrym uniwersytecie, można tak publikować. U nas nie ma jeszcze takiej tradycji, ale w krajach Zachodnich normą jest, że literaci, artyści mediów cyfrowych są afiliowani na uniwersytetach, prowadzą np. kursy creative writing. Widziałbym także w tym obszarze większą rolę państwa jako metapola, które powinno opiekować się takimi formami ekonomii.  W Unii Europejskiej, gdzie państwo wspiera twórczość przez różne systemy grantowe, pole twórczości cyfrowej powinno być traktowane równorzędnie z innymi formami literackimi, a tak na razie nie jest.

Ale czy zakotwiczenie twórców w instytucjach prestiżu nie jest niebezpieczne? Państwo zawsze narzuca pewne ramy ideologiczne.

Faktycznie, problem „uzależnienia” literatury jest poważny. Ostatnio zrobiliśmy duży projekt dla NCNu – badanie w którym uczestniczyli m.in. socjologowie, kulturoznawcy. Dotyczyło szeroko rozumianego pola literackiego, czyli różnych aspektów funkcjonowania literatury. Przebadaliśmy 110 aktorów tego pola. I co się okazuje? Że w ostatnich latach pole literackie się dezautonomizuje. Centrum literatury przesuwa się w stronę sił politycznych, władzy, sił rynkowych, dominujących mediów. Literatura staje się coraz bardziej zależna od instytucji przyznających granty, nagrody, organizujących festiwale. To bardzo widoczne, gdy spojrzy się na ogólny zarys współczesnej literatury. Co się na przykład stało z poezją? Poezja zawsze była siłą napędową polskiej kultury. Odkąd instytucje namaszczające, konsekrujące, takie jak konkursy, zostały wytworzone przez dominujące media rozpoczęło się zjawisko preferowania pewnych gatunków. Reportaż to dobry przykład. Reportaż to taka literatura upraszczająca. Dla klasy średniej, która nie posiada na tyle kapitału, by polecieć do tych wszystkich odległych krajów, ale ma na tyle, żeby książkę sobie kupić. Podobnie zresztą można rozumieć popularność kryminału. Po rozdaniu kolejnych prestiżowych nagród poezja jeszcze bardziej traci na znaczeniu, a reportaż rośnie w siłę. A gdzie w tym jest miejsce dla literatury cyfrowej? Na razie go nie ma. Ostatnio wydaliśmy tomik wideowierszy Katarzyny Giełżyńskiej. Nadaliśmy mu specjalnie numer ISBN, żeby było wiadomo, że to publikacja literacka i poniekąd książkowa, ale eksperymentalna (wiersze to filmiki wideo). I co? Nawet w konkursach, które brały pod uwagę 250 utworów, gremia przyznające nagrody nie rozważyły tej kandydatury. Można śmiało powiedzieć, że cyfrowe pole literatury to jeszcze wciąż sfera herezji – nieuznawana przez systemy władzy.